Dziewczynka z zapałkami – dorośli z „nie moja sprawa”


Bajka o dziewczynce, która zamarzła na ulicy, brzmi ładnie tylko wtedy, gdy traktujesz to jak bajkę. Łatwo ją przeczytać, wzruszyć się, odłożyć książkę i wrócić do swojego życia. Ale to nie jest bajka. To akt oskarżenia. Ona zamarzła. Dosłownie. Na śmierć. W sylwestrową noc. W środku miasta. Wśród ludzi. Marzła, głodna i samotna, patrząc, jak dookoła obcy śmieją się, tańczą, wznoszą toasty i robią stories z lampką szampana. Nikt jej nie zabił. Nie było potwora. Nie było zbrodni. Była obojętność.
Bo zrobił to świat. Świat, który patrzy i nie widzi. Świat, który się spieszy, bo ma rezerwację, spotkanie, kolację, selfie z balonami. Ludzie, którzy mijają dziecko siedzące na chodniku i uznają, że to nie ich problem. Zimno jej? A co ja mam zrobić? Rozebrać się i oddać płaszcz? Pomóc? Ja? Nie mam czasu. Mam swoje życie. Bieda? Pewnie sama sobie winna. Przesadza. Na pewno ma telefon i udaje. Ktoś ją tam pewnie specjalnie posadził. Pewnie zaraz się podniesie i pójdzie na Snapchata. A nawet jeśli nie – to nie moja sprawa. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie przy tych cenach energii, nie przy tym poziomie inflacji.
Ale zanim świat ją olał, ktoś ją na ten świat wypchnął. Na ten mróz. Ktoś uznał, że dziecko z pudełkiem zapałek nadaje się na ulicę w grudniu. Nie do szkoły. Nie do łóżka. Na ulicę. Że jak nie sprzeda, to nie wraca. Że jak zamarznie – to trudno. Rodzice. Opiekunowie. Ktokolwiek. Bo w tej historii nie ma dobrych dorosłych. Są tylko ci, którzy ją zostawili i ci, którzy ją minęli.
Więc siedziała. I marzła. I bała się wrócić. I zapalała zapałki. Nie żeby się ogrzać – to trwa sekundę. Zapalała je, żeby nie zwariować. Żeby zobaczyć cokolwiek, co nie jest tak kurewsko zimne, obojętne, surowe. Ciepły piec. Choinka. Babcia. Ktoś, kto ją kiedyś kochał. Ktoś, kto już nie żył. Ktoś, kogo musiała sobie wyobrazić, bo realność ją zabiła.
A potem zgasła.
I wtedy narrator mówi:
„Zmarła z uśmiechem na twarzy, bo babcia zabrała ją do nieba.”
Piękne, prawda? Poetyckie. Delikatne.
Tylko że to nie jest happy end.
To jest dziecko. Zamarznięte. Z głodu. Ze strachu. Z samotności.
To niebo to nie nagroda.
To ucieczka z piekła.
Z piekła, które stworzyli dorośli. Dorośli, którzy mieli chronić. Dorośli, którzy powinni coś powiedzieć. Dorośli, którzy widzieli – i nic nie zrobili.
Nikt nie zapytał, czy jej zimno. Czy jadła. Czy potrzebuje pomocy.
Bo przecież nie nasze. Nie dziś. Nie w tym świecie.
Dziecko na ulicy? Może naciągaczka. Może aktorka. Może prowokacja.
A może prawda.
Ale łatwiej się nie zastanawiać. Łatwiej się zająć sobą.
Bo feed trzeba zapełnić. Bo restauracja czeka. Bo ciastko z jadalnym złotem wystygnie.
Bo latte stygnie.
Bo zima jest dla tych, co się nie ogarnęli.
Bo w realnym życiu nikt nie marznie, prawda?
A jeśli marznie – to przecież nie my.
I nie nasze dziecko.
I nie nasza sprawa.


Jedna odpowiedź do “Dziewczynka z zapałkami – dorośli z „nie moja sprawa””

Skomentuj A WordPress Commenter Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *